Małe, niewinne kłamstwo

Jak wyglądałby nasz świat gdybyśmy mówili jedynie prawdę? Gdybyśmy wykluczyli z naszego życia wszystkie nasze niewinne, małe kłamstewka? Czy aby na pewno życie byłoby łatwiejsze? Czy nasz świat byłby piękniejszy, a ludzie szczęśliwsi? Zacznijmy może od tego dlaczego aż tak często mijamy się z prawdą. Abstrahuję tu od ludzi, u których konwencja wymusza stosowanie kłamstw, jak aktorów odgrywających swoją rolę w teatrze, czy polityków występujących na innego rodzaju scenie. Abstrahuję od wszelkie rodzaju gier, w których motywy kłamstw są jasne.

Dlaczego zatem kłamiemy? Dlaczego kłamiemy jako ludzie? Gdyby zapytać tysiąc osób, usłyszymy zapewne tysiąc różnych odpowiedzi. Jedni kłamią, by uchronić bliskich przed cierpieniem, inni, gdyż tak jest łatwiej. Łatwiej, nie w trosce o innych, lecz z czysto egoistycznych pobudek. By łatwiej było nam. Jeszcze inni kłamią z zupełnie innych powodów. Wszystkie motywy sprawdzają się jednak do jednego; bo prawda jest bolesna. A w naszej naturze leży unikanie wszelkiego rodzaju bólu. Unikamy prawdy by bronić się przed światem, zatem kłamstwo to taki nasz naturalny mechanizm obronny.

Wyobraźmy sobie teraz, że zawsze mówimy prawdę. Że wszystkie nasze myśli przelewamy w słowa i dzielimy się nimi z innymi ludźmi. Że wylewamy wszystkie swoje żale. Świat długo by tego nie przetrwał. Kłamstwo spaja ludzi, pozwala im się nie pozabijać. Sprawia, że możemy żyć wśród innych i przetrwać. Kłamstwo samo w sobie nie jest złe, choć często staje się narzędziem w złej sprawie.

Morderstwo w słusznej sprawie

Do szpitalnego oddziału ratunkowego przyjeżdża karetka wioząca ofiarę wypadku, nieprzytomnego 37-latka, pana X. Wypadek był jednak tylko stukiem innej choroby. Potwierdziły to badania, dzięki którym lekarze mogli zdiagnozować u pacjenta zaawansowane stadium Glejaka wielopostaciowego. Jest to rodzaj nowotworu złośliwego mózgu, który uciskając (w tym przypadku) ośrodek wzroku, spowodował zaburzenie widzenia, co doprowadziło do wypadku. Co więcej X jest socjopatą, mającym na swoim koncie cztery zabójstwa. Niestety przez błąd organów ścigania, sędzia nie dopuścił zgromadzonych przez prokuratora dowodów, dzięki czemu X uniknął kary pozbawienia wolności.

Los bywa jednak przewrotny i w ostateczności X nie uniknie kary, wcześniej czy później umrze z powodu postępującej choroby. Problem w tym, że nie stanie się to od razu, a życie świadków zeznających przeciwko X jest cały czas zagrożone. Po ustabilizowaniu stanu zdrowia, X może bez przeszkód opuścić szpital i szukać zemsty. Wszystko w rękach lekarza, który w jednej z nich trzyma swoją karierę i życie seryjnego mordercy (który i tak umrze), a w drugiej kilka niewinnych osób, których X po wyjściu ze szpitala może życia pozbawić. Wystarczy jednak odrobina powietrza wprowadzona dożylnie. Spowoduje to zator, a w konsekwencji zatrzymanie krążenia i śmierć pacjenta. Wina spadnie na chorobę, a lekarz będzie kryty.

Abstrahując od wyznawanej religii czy obowiązującego prawa, czy w takiej sytuacji zabójstwo mordercy może być moralnie uzasadnione? Czy lekarz, na co dzień decydujący o życiu swoich pacjentów, może pragnąć śmierci jednego z nich, nawet jeśli ten jest psychopatą, który popełnił i zapewne pełni jeszcze wiele zbrodni? Przed lekarzem trudne wyzwanie, tym bardziej, że jest on ostatnią osobą, mogącą zapobiec kolejnym zbrodniom. Bez względu na to jaką podejmie decyzje, ktoś zginie. Czy w takiej sytuacji jakikolwiek wybór może być właściwy i racjonalny? I czy decydować o tym może lekarz, który przysięgał ratować ludzkie życie bez względu na to kim jest pacjent?

Kolejna sytuacja: pacjent Y w końcowym stadium nowotworu drobnokomórkowego płuc. Przez całe życie był przykładnym obywatelem, mężem i ojcem. Nie nadużywał alkoholu, nie palił papierosów, nie łamał prawa. Zostało mu kilka dni w okropnych męczarniach. Nie pomagają żadne leki przeciwbólowe, pomimo podania maksymalnych dawek. Pacjent błaga o pomoc. Niestety lekarz nie może nic zrobić. Wyższa dawka leków mogłaby bowiem go zabić. Lekarz spojrzał wymownie w kierunku szafki z lekami zwykle zamkniętej na klucz i wyszedł…

O wolności słów kilka

Wolność w aspekcie społecznym nie polega bynajmniej na robieniu tego, czego się chce. Wolność polega na świadomym wyborze konsekwencji i ograniczeń, które wynikają z podejmowanych przez nas decyzji. Na akceptacji skutków naszych działań, na podjęciu odpowiedzialności za swoje czyny. Nie ma wolności absolutnej. Wolność każdego z nas -cytując klasyka- kończy się tam, gdzie zaczyna wolność innego człowieka.

W aspekcie metafizycznym nie jest uprawnione mówienie o jakiejkolwiek „wolności” bądź „wolnej woli”. Każda żywa istota jest zdeterminowana wcześniejszymi uwarunkowaniami, w szczególności psychologiczno- fizjologicznymi. Dodatkowo, będąc ludźmi, jesteśmy zdeterminowani czynnikami prawnymi czy też moralnymi. Każdy nasz wybór, każda decyzja jest czymś uwarunkowana. Gdy spóźnisz się na autobus, a następny jest dopiero za godzinę, masz wybór: czekasz, albo idziesz do domu na piechotę. Ale to nie jest wolny wybór, jest on uwarunkowany tym, że spóźniłeś się na autobus.

„Wolność” to wymysł społeczny. Świat w żadnym razie nie jest „wolny”, jest całkowicie zdeterminowany. Wolność nie istnieje.